piątek, 9 lutego 2018

Zaproszenie do Grona Przyjaciół Przyjaznej Edukacji




Drodzy Państwo!
            Serdecznie proszę o poświęcenie uwagi dla zapoznania się z treścią niniejszej inicjatywy.
Nazywam  się Jan Grandys, jestem dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli w Tarnobrzegu, którą wraz z żoną Zosią Wójcikowską - Grandys prowadzimy od 2001 roku. Ukoronowaniem moich doświadczeń w ciągu ponad 50-letniej praktyki zawodowej oraz naszej wspólnej misji edukacyjnej jest rozszerzenie nazwy NPDN o dwa znamienne wyrazy "PRZYJAZNA EDUKACJA".
            Właśnie te dwa piękne słowa wyrażają naszą misję zawodową, urodę pracy nauczyciela. One to, jak igła magnetyczna wyznaczają nasze cele, którym podporządkowujemy oferty szkoleniowe. 
            Co proponujemy?
Przyłączenie się do grupy Osób uważających, że edukacja ma sens, jeśli jest przyjazna wobec  Jej uczestników, a równocześnie wyrażenie zgody na wpis do "KSIĘGI  PRZYJACIÓŁ  PRZYJAZNEJ EDUKACJI".
            Nazwę zaproponował nasz Przyjaciel z Bydgoszczy, pan Julian Ochenduszko, którego wielokrotnie gościliśmy, słuchając wspaniałych wykładów propagujących "Ocenianie kształtujące." 
Jego deklaracja  otrzymuje nr 1 , a tekst pięknego listu  publikujemy na Facebooku i Blogu.
            W naszym: edukatorów, trenerów rozumieniu, przyjazna edukacja wyraża się: pasją w zawodzie, przyjaźnią, życzliwością, empatią do ucznia, rodzica, nauczycieli, zaczarowywaniem uczniów swoim przedmiotem, pobudzaniem i rozwojem ich kreatywności. Ta edukacja przejawia się dostarczaniem uczniowi impulsów motywujących go do sukcesu, wiary w siebie, w swoje możliwości, dodawaniem ducha, służeniem niezbędnym wsparciem.  Uczestniczymy w niej tworząc klimat pokoju, bezpieczeństwa dla godności każdej osoby, pamiętając, że siła racji jest ważniejsza niż racja siły, że ja mam prawo, ale inni też je mają. Przyjaźń wyraża się  gwarancją sprawiedliwej oceny w wymiarze wartościowania pracy  i ukierunkowywania dalszych wysiłków, starań, rozumnym obciążaniem zadaniami na miarę sił, możliwości. Przyjaźń, to pewność wsparcia w potrzebie i oparcia o zasady zbudowane na wartościach naszej chrześcijańskiej cywilizacji. Przez przyjazną edukację rozumiemy partnerstwo  nauczycieli, uczniów, rodziców, sojuszników.
            Zarysowana wizja przyjaznej edukacji nie wyczerpuje jej uroku, piękna, dobra, mądrości, wszak przybliża nas do siebie braterstwem serca, umysłu, czynów prawdziwego człowieka, pełnej barw tęczy człowieczeństwa.

Przyjazna edukacja jest otwarta na inicjatywy, dokonania, na rozrastanie się dobra, piękna, mądrości. Nie wyczerpuje ona  bogactwa działań Osób, które odczuwają pedagogiczną więź z niniejszą inicjatywą. Praktykowanie ubogaca, owocuje uszlachetnieniem osobowości uczniów, społeczności, rosnącymi szeregami ludzi rozsmakowanych w przyjaźni do bliźniego na gruncie szacunku dla godności każdej osoby.

           
Przyłączenie się do grona nie pociąga za sobą żadnych obowiązków, poza zgłoszeniem się na adres grupy "Przyjazna Edukacja", zgody na wpis do Księgi Przyjaciół z równoczesnym zaprezentowaniem swojej osoby oraz motywów włączenia się do inicjatywy, aby mieć poczucie:
Nie jestem sama, nie jestem sam!
            Wyrażenie aprobaty i akces przynależności do grona bliskich sobie duchem Osób, będzie wzbogacać pojęcie i rozumienie przyjaznej edukacji, jako szansy na harmonijny rozwój ucznia. Ucznia, który sięgnie po sukcesy na miarę możliwości, a zarazem przeżyje lata szkolne,  jako piękną przygodę zrodzoną z przyjaźni do ludzi.
Myśl o współtworzeniu zrzeszenia Osób w grupie "Przyjazna Edukacja" nie ma nic wspólnego z powołaniem struktur, władz, formalnej organizacji.
            Przyłączenie się do grona przyjaciół edukacji samo w sobie będzie wystarczającą rękojmią wspólnoty  ideowej.
           
Mam najszczersze przekonanie o ważności niniejszej propozycji dla wszystkich, nie tylko nauczycieli, którzy sympatyzują z ideą takiej właśnie edukacji: lubianej przez uczniów, dorosłych. Chodzi o odnalezienie się, nawiązanie życzliwego kontaktu.
Wiem na pewno, że w każdym środowisku jest liczne grono nie tylko pedagogów, którzy są naturalnymi sojusznikami tej idei, żyją, działają w "diasporze" pedagogicznej, nie zawsze znajdując bratnią, siostrzaną duszę w sąsiedztwie. Będziemy z Zosią, moją towarzyszką życia i pracy wdzięczni za przesłanie na nasz adres mailowy deklaracji przynależności do GRONA PRZYJACIÓŁ PRZYJAZNEJ  EDUKACJI.
            Przynależność da nam siłę, poczucie radości, pozwoli na przeglądanie się w pięknych obrazach inicjatyw, odkryć, doznań, budujących przykładach, które będą naszym pokarmem, witaminami optymizmu, wiary, pewności słusznie obranej ścieżki edukacyjnej, twórczego spełnienia.
            W gronie przyjaznej edukacji będzie możliwość bezpośrednich kontaktów, sięgania po przykłady, dzielenia się doświadczeniami, pomysłami. Od każdego z Przyjaciół Przyjaznej Edukacji będzie zależeć decyzja, co do osobistych spotkań, odwiedzin, spotkań grupowych, w zależności od potrzeb.
Służymy:
·         naszą stroną www.grandys.edu.pl
·         udostępniamy Facebook https://www.facebook.com/groups/800994216752098/
·         Blog - dla osób nie posiadających Facebooka. http://przyjaznaedukacja.blogspot.com/

Osoby przystępujące do naszej Grupy Przyjaciół Przyjaznej Edukacji,  po zaprezentowaniu zgłoszenia otrzymają nr członkowski w Księdze i tym samym prawo do udziału w wymianie doświadczeń.  Potwierdzimy swym przykładem, że przyjazna edukacja jest możliwa!
Serdecznie zapraszamy
                                               Jan i Zosia Grandysowie
                                               oraz Małgorzata Chruściel - zarządzająca naszą stroną www. 

Tarnobrzeg, A.D. 2018,  9 lutego

Zgłoszenie do grupy można pobrać tutaj.



My, na dobry początek!

Jan Grandys - aktualnie dyrektor Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli w Tarnobrzegu,
52 rok pracy pedagogicznej, pasjonat głęboko wierzący w piękno edukacji, mający niezmąconą pewność o potrzebie popularyzacji dokonań Przyjaciół Przyjaznej Edukacji, wspólnoty ideowej.

Zosia Wójcikowska - Grandys - edukator, trener, z zakresu zarządzania oświatą, ewaluacji, nadzoru pedagogicznego, aktywnych metod nauczania, oceniania wspierającego rozwój ucznia. Prowadząc szkolenia propaguje działania mające bogate walory przyjaznej edukacji.

Julian Ochenduszko - specjalista pomiaru dydaktycznego i oceniania szkolnego.




czwartek, 7 grudnia 2017

Kwiaty w klasie...


Gdybym mógł zamienić uczniów mojej klasy w kwiaty doniczkowe, otrzymałbym ogromnie różnorodny, bogaty zbiór, bardzo różniących się od siebie roślin, co do typu,  a więc wielkości, kolorystyki, form, barw, zapachów i co idzie z tym w parze, bardzo bogatą listę indywidualnych wymagań pielęgnacyjnych.

Pomyślmy, że na każdym przedmiocie, w zależności od uzdolnień uczniów, obrazujące ich kwiaty będą się zmieniać. Różnice pielęgnacyjne w stosunku do konkretnego ucznia w każdym przedmiocie mogą być zasadniczo odmienne.
Warto uczynić tę uwagę, że  każdy z nas ma inne uzdolnienia do przedmiotów. Im szczebel edukacji wyższy, tym te różnice mogą się mocniej zaznaczać i rzutować na szanse osiągnięć.
W przypadku kwiatka, fachowa pielęgnacja wyraża się przyrostem, żywym  ubarwieniem, dorodnymi kwiatami i bukietem zapachów. Kwiaty osierocone będą chorować, co łatwo każdy zauważy po ich "urodzie".

Trafnie dobrana metodyka nauczania przedmiotu do możliwości edukacyjnych ucznia, ułatwi  mu sukces, pokonywanie barier hamujących rozwój, co wyrażać się będzie przyrostem wiedzy, umiejętności czyli kompetencji, jak również ochroni go przed poczuciem osamotnienia, porażki, a nawet wykluczenia.
Jako uczeń mam poczucie, że komuś na mnie zależy, chociaż jestem przeciętniakiem i to  tak naprawdę stanowi bazę motywacji.
Muszę mieć powód, dla którego uczę się poszczególnych przedmiotów.
To trudne zadanie, ale ambitne, nobilitujące powołanie nauczyciela, szlachetność.
Roślina nie krzyczy, nie upomina się, jest bezbronna wobec hodowcy, liczy na jego solidność, odpowiedzialność.

Pokaż mi swe kwiaty, a powiem ci kim jesteś.
           
Uczeń też nie protestuje, kiedy jest pozostawiony samemu sobie, ale się wycofuje, gubi, traci kontakt, stać się może outsiderem.
Gdybyśmy do każdego ucznia w swoim przedmiocie, tak jak dla kwiatka sformułowali recepturę zabiegów dydaktycznych, wówczas uczeń odczuwałby opiekę, miałby przekonanie, że nauczycielowi zależy na nim, jego postępach, bowiem uczący interesuje się jego rozwojem.
I oto dotarliśmy do zalet oceniania wspierającego, w którym nauczyciel staje się troskliwym opiekunem postępu, rozwoju, sukcesu na miarę możliwości intelektualnych, psychofizycznych ucznia.

Jan Grandys - dyrektor NPDN

wtorek, 10 października 2017

Jak się nie nudzić na emeryturze?



 Jak się nie nudzić na emeryturze? Rozmowa z Janem Franciszkiem Grandysem o jego pasjach.

 Od ilu lat jest Pan na emeryturze

Od 15 lat.

Jednak wciąż jest Pan czynny zawodowo?

Właściwie tak. Nawet nie czuję, że jestem na emeryturze, bo tak naprawdę nie mam wolnego czasu. Jestem wiecznie zajęty. Przede wszystkim dlatego, że razem z żoną od 2001 roku prowadzimy Niepubliczną Placówkę Doskonalenia Nauczycieli. Dzięki temu mamy stały kontakt ze środowiskiem szkolnym, wiemy, co się dzieje w szkołach, czym one żyją, jakie mają potrzeby. Poza tym, jako placówka doskonalenia, spotykamy się z osobami, które są ekspertami w swoich dziedzinach, np.: psychologia, pedagogika, biblioterapia, organizacja i zarządzanie, metodyka nauczania z różnych przedmiotów. Staramy się też utrzymywać wysoki poziom prowadzonych przez nas zajęć, co zapewniają nasi znakomici edukatorzy. To wszystko wymaga od nas wiele wysiłku, ale i wyzwala energię, pomysłowość. Dlatego praca ta daje nam dużo satysfakcji.

Słychać tę pasję w Pana głosie...

A mam już 51 lat pracy pedagogicznej do dnia dzisiejszego! Mogę nawet zdradzić pewną tajemnicę -  mój entuzjazm pedagogiczny i w ogóle mój entuzjazm, umrze dopiero w godzinę po mojej śmierci. Szczególnie, że mam również inne pasje. Na przykład bardzo lubię pracować w ogrodzie, relaksuje mnie to. Przez rok nawet zajmowałem się hodowlą pieczarek, ale musiałem z tego zrezygnować, gdyż zajęcie to pochłaniało zbyt wiele czasu. Poza tym bardzo cenię moją rodzinę i dlatego dbam o utrzymywanie więzi rodzinnych. Interesuję się między innymi przeszłością moich bliskich. Efektem tej pasji jest wydana przeze mnie historia rodziny z miejscowości Dobczyce koło Krakowa, bo stamtąd właśnie pochodzę. Zależało mi na tym, aby w tej książce pokazać zarówno ludzi, jak i miasto, które jest bardzo piękne. Zacząłem od legendarnego Dobka (kto czytał „Dzikowy skarb” Bunscha, może kojarzyć takiego rycerza Mieszka I), ale przedstawiłem również osoby ważne w moim życiu - mojego tatę, moją mamę, a także moją drugą mamę, która obecnie ma 103 lata. Opracowywanie tego typu materiałów historycznych jest dla mnie bardzo satysfakcjonujące, a przy okazji ważne dla moich bliskich, chociażby dla najmłodszych osób z mojej rodziny. Sam trochę żałuję, że tak późno się tym zająłem, bo na przykład nie pamiętam mojego dziadka, gdyż zmarł przed moim przyjściem na świat, a w domu się o nim nie mówiło. Mój tato również zmarł wcześnie, a mama zmarła, gdy się urodziłem, więc nie miałem takiego... „przewodnika po najbliższych”. Dlatego teraz spisuję historię rodzinną. Opisałem na przykład dzieje mojej teściowej (mamy mojej drugiej żony Zosi) Stasieńki, która była nazwana Dobreńką. Była ona zakochana w swoim miejscu urodzenia, czyli Machowie, dlatego nawet pozwoliłem sobie żartobliwie stwierdzić, iż w Księdze Rodzaju jest błąd, ponieważ według Mamy najpierw był Machów, a potem dopiero reszta świata. Uważam, że nawet drobiazgi dotyczące bliskich nam osób są ważne, że trzeba o nie dbać, utrwalać je, aby ich nie uronić, nie zgubić. Z tego powodu zajmuję się również organizowaniem zjazdów rodzinnych. Za nami już dwa takie zjazdy, a nasza rodzina liczy sobie ok. 90 osób, które na dodatek są porozrzucane nie tylko po całej Polsce, ale i po całym świecie. Ostatni zjazd odbył się w czerwcu ubiegłego roku i pojawiło się na nim 70 osób!

Zorganizowanie takiego zjazdu, to musi być ogromnie trudne przedsięwzięcie.

Trudne, ale bardzo piękne i satysfakcjonujące. Wszyscy wrócili szczęśliwi, zachwyceni, że się spotkali, że odnowili kontakty. Poza tym, po takim spotkaniu pozostają zdjęcia, filmy, a one staną się bogatym źródłem pamiątek dla nas, a także dla najmłodszych członków naszej rodziny. O nich samych również pamiętam i dlatego od 3 lat prowadzę kronikę moich najmłodszych wnuczek. Opisuję ich pierwsze dni, miesiące, lata, dołączam zdjęcia. Myślę, że kiedyś to będzie stanowiło jakąś wartość. Poświęcam na to dużo czasu, póki jeszcze mogę, bo niestety mam dosyć poważną wadę wzroku. Uniemożliwia mi ona już czytanie, ale mogę jeszcze rzeźbić.

Rozmawiamy właśnie w otoczeniu pięknych rzeźb. Proszę nam opowiedzieć o tej swojej pasji.

Lubię rzeźbić, a na dodatek jest to czynność, którą mogę łączyć z moją kolejną pasją, czyli nieustającą fascynacją historią. Rzeźbię dużo, wiele moich prac powędrowało w świat wraz z moimi przyjaciółmi i rodziną, bo chyba każdy jej członek ma w swoim domu jakieś wykonane przeze mnie dzieło. Pokazuję je również publicznie. Na przykład w Bibliotece Pedagogicznej w Tarnobrzegu odbyła się w marcu br. wystawa części moich rzeźb. To było 21 portretów Piastów, od Mieszka I do Kazimierza Wielkiego.

Czy postaci historyczne są Pana ulubionym motywem rzeźbiarskim?

Tak, ale nie tylko. Wykonałem też sporo obrazków z aniołkami dla dzieci. Z okazji uroczystości rodzinnych również przygotowuję jakieś prace, często o charakterze sakralnym. Zdarzyło mi się też mierzyć ze starymi Mistrzami, których obrazy szczególnie mnie zachwycają. Dużo satysfakcji daje mi  fakt, iż moje wersje tych dzieł bez wstydu można powiesić na ścianie, a niektóre nawet trafiły
w miejsca publiczne. Na przykład wyrzeźbiona przeze mnie „Ostatnia wieczerza” Leonarda da Vinci znajduje się w muzeum w Dobczycach, w parafii w Rzędzianowicach jest reprint „Baranka Wielkanocnego”, a niedaleko Mielca można zobaczyć obrazy takie jak „Mona Liza” czy „Dama
z Łasiczką”. Jestem też wielbicielem twórczości Matejki - jego malarstwo jest przecież źródłem niezwykłej inspiracji patriotycznej. Teraz kończę pracę nad portretem Tadeusza Kościuszki, ponieważ jest 200 rocznica śmierci tego wybitnego Polaka. Każde rzeźbienie, to dla mnie taka trochę intymna rozmowa z daną postacią, to przypominanie sobie wiedzy o niej, ale i poszukiwanie dodatkowych informacji. Teraz na przykład żona czyta mi książkę o Tadeuszu Kościuszce - to daje dodatkowy impuls twórczy.

Wiem też, że jest Pan wielbicielem poezji.

Uwielbiam poezję. Poezja pozwala mi na odsuwanie samotności, bo zawsze mam z kim porozmawiać. Znam na pamięć mnóstwo wierszy najwybitniejszych polskich poetów. Zachwycam się utworami Słowackiego czy Mickiewicza, ale lubię także innych twórców. Często też recytuję sobie ulubione wiersze. Zbieranie grzybów jest takim doskonałym momentem, aby powtarzać  jakieś długie utwory - na przykład  „Maraton” Kornela Ujejskiego, który się recytuje 40 minut. Albo bardzo piękny jest i wzruszający poemat Słowackiego „Ojciec zadżumionych”. Mam wrażenie, iż dzięki poezji mój język jest bogatszy. Zawsze chciałem pod tym względem dorównać mojej cioci z Czechowic, która bardzo pięknie mówiła. Aby to osiągnąć, dużo też czytałem. Ostatnio, ze względu na problemy ze wzrokiem, już nie czytam, ale za to słucham audiobooków. Niedawno zacząłem słuchać Sienkiewicza i odkryłem na nowo „Trylogię” - cudowne pióro, cudowne portrety psychologiczne postaci, niezwykły humor i niezwykła wyobraźnia... Odsłuchałem całą „Trylogię”, „Krzyżaków”, a teraz się biorę za „Quo vadis”. Sienkiewicz pozostanie dla mnie mistrzem, wzorem i bogiem literatury.

Oprócz miłości do swojego kraju i jego kultury jest Pan też ciekawy świata, gdyż
kolejną Pana pasją są podróże. Jakie miejsca oczarowały Pana podczas zagranicznych wojaży?

Dzięki temu, że mój syn zakochał się w Chince, mogłem być w Chinach i stanąć na Wielkim Murze. Pobyt w tym egzotycznym kraju stał się też dla mnie inspiracją do zgłębienia tajników chińskiej sztuki kulinarnej, bo zrobiła ona na mnie duże wrażenie. Byłem w Chinach trzy razy i mogłem obserwować, jak szybko zmienia się ten kraj, jaki tam dokonuje się ogromny postęp. Z innych podróży miło wspominam wyjazd do Turcji, bo udało mi się zwiedzić m.in. starożytną Troję, Efez oraz Konstantynopol, co dla mnie, jako historyka, było czymś wspaniałym, prawdziwą ucztą duchową. A wracając do Chin, to dzięki tym podróżom zacząłem uczyć się języka chińskiego, choć na takim elementarnym poziomie. Teraz trochę już go zapomniałem, ale w to miejsce zacząłem się uczyć włoskiego. Mieliśmy gościć Włochów w ramach Światowych Dni Młodzieży, a w ostatniej chwili okazało się, iż przyjadą Francuzi. Na szczęście kiedyś uczyłem się francuskiego, więc go szybko odświeżyłem i przez 5 dni gościliśmy przesympatyczną parę. Było bardzo miło.

Chiński, włoski, angielski i to wszystko na emeryturze?

Angielskiego uczyłem się już od kilku lat. Nie boję się tego języka, na poziomie podstawowym mogę rozmawiać. I to wszystko na emeryturze, a właściwie nie wszystko, bo jeszcze nie powiedziałem o przygotowywaniu ilustracji i ikonografii do niedzielnych mszy, głównie do czytań niedzielnych. Przygotowuję obrazy, notki biograficzne o prorokach, o ewangelistach, o księgach Starego Testamentu, itp. To również daje mi dużo satysfakcji. Zależało mi na tym, aby przybliżyć te teksty, bo one są trudne, szczególnie dla dzieci. Stary Testament operuje zakresem słownictwa o wysokim poziomie, które wymaga namysłu. Zajmuję się tym już czwarty rok i przygotowuję te informacje na każdą niedzielę. Dlatego nie mam czasu, aby się nudzić. Mimo że mam 76 lat, spędzam czas bardzo aktywnie i po prostu żyję pełnią życia. To ważne, bo jak człowiek jest radosny, to chętnie zrobi coś dobrego dla innych, a jak jest smutny, to się zamyka na ludzi, a to jest straszne.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Gazeta bezpłatna pt. "Pomocna Gazeta", nr 3/2017 ISSN 2450 - 090G, Wydawca: Farmacja i Medycyna Spółka z o.o. z siedzibą we Włodawie, Jak się nie nudzić na emeryturze? Rozmowa z Janem Franciszkiem Grandysem o jego pasjach. str.14 - 15