czwartek, 7 grudnia 2017

Kwiaty w klasie...


Gdybym mógł zamienić uczniów mojej klasy w kwiaty doniczkowe, otrzymałbym ogromnie różnorodny, bogaty zbiór, bardzo różniących się od siebie roślin, co do typu,  a więc wielkości, kolorystyki, form, barw, zapachów i co idzie z tym w parze, bardzo bogatą listę indywidualnych wymagań pielęgnacyjnych.

Pomyślmy, że na każdym przedmiocie, w zależności od uzdolnień uczniów, obrazujące ich kwiaty będą się zmieniać. Różnice pielęgnacyjne w stosunku do konkretnego ucznia w każdym przedmiocie mogą być zasadniczo odmienne.
Warto uczynić tę uwagę, że  każdy z nas ma inne uzdolnienia do przedmiotów. Im szczebel edukacji wyższy, tym te różnice mogą się mocniej zaznaczać i rzutować na szanse osiągnięć.
W przypadku kwiatka, fachowa pielęgnacja wyraża się przyrostem, żywym  ubarwieniem, dorodnymi kwiatami i bukietem zapachów. Kwiaty osierocone będą chorować, co łatwo każdy zauważy po ich "urodzie".

Trafnie dobrana metodyka nauczania przedmiotu do możliwości edukacyjnych ucznia, ułatwi  mu sukces, pokonywanie barier hamujących rozwój, co wyrażać się będzie przyrostem wiedzy, umiejętności czyli kompetencji, jak również ochroni go przed poczuciem osamotnienia, porażki, a nawet wykluczenia.
Jako uczeń mam poczucie, że komuś na mnie zależy, chociaż jestem przeciętniakiem i to  tak naprawdę stanowi bazę motywacji.
Muszę mieć powód, dla którego uczę się poszczególnych przedmiotów.
To trudne zadanie, ale ambitne, nobilitujące powołanie nauczyciela, szlachetność.
Roślina nie krzyczy, nie upomina się, jest bezbronna wobec hodowcy, liczy na jego solidność, odpowiedzialność.

Pokaż mi swe kwiaty, a powiem ci kim jesteś.
           
Uczeń też nie protestuje, kiedy jest pozostawiony samemu sobie, ale się wycofuje, gubi, traci kontakt, stać się może outsiderem.
Gdybyśmy do każdego ucznia w swoim przedmiocie, tak jak dla kwiatka sformułowali recepturę zabiegów dydaktycznych, wówczas uczeń odczuwałby opiekę, miałby przekonanie, że nauczycielowi zależy na nim, jego postępach, bowiem uczący interesuje się jego rozwojem.
I oto dotarliśmy do zalet oceniania wspierającego, w którym nauczyciel staje się troskliwym opiekunem postępu, rozwoju, sukcesu na miarę możliwości intelektualnych, psychofizycznych ucznia.

Jan Grandys - dyrektor NPDN

wtorek, 10 października 2017

Jak się nie nudzić na emeryturze?



 Jak się nie nudzić na emeryturze? Rozmowa z Janem Franciszkiem Grandysem o jego pasjach.

 Od ilu lat jest Pan na emeryturze

Od 15 lat.

Jednak wciąż jest Pan czynny zawodowo?

Właściwie tak. Nawet nie czuję, że jestem na emeryturze, bo tak naprawdę nie mam wolnego czasu. Jestem wiecznie zajęty. Przede wszystkim dlatego, że razem z żoną od 2001 roku prowadzimy Niepubliczną Placówkę Doskonalenia Nauczycieli. Dzięki temu mamy stały kontakt ze środowiskiem szkolnym, wiemy, co się dzieje w szkołach, czym one żyją, jakie mają potrzeby. Poza tym, jako placówka doskonalenia, spotykamy się z osobami, które są ekspertami w swoich dziedzinach, np.: psychologia, pedagogika, biblioterapia, organizacja i zarządzanie, metodyka nauczania z różnych przedmiotów. Staramy się też utrzymywać wysoki poziom prowadzonych przez nas zajęć, co zapewniają nasi znakomici edukatorzy. To wszystko wymaga od nas wiele wysiłku, ale i wyzwala energię, pomysłowość. Dlatego praca ta daje nam dużo satysfakcji.

Słychać tę pasję w Pana głosie...

A mam już 51 lat pracy pedagogicznej do dnia dzisiejszego! Mogę nawet zdradzić pewną tajemnicę -  mój entuzjazm pedagogiczny i w ogóle mój entuzjazm, umrze dopiero w godzinę po mojej śmierci. Szczególnie, że mam również inne pasje. Na przykład bardzo lubię pracować w ogrodzie, relaksuje mnie to. Przez rok nawet zajmowałem się hodowlą pieczarek, ale musiałem z tego zrezygnować, gdyż zajęcie to pochłaniało zbyt wiele czasu. Poza tym bardzo cenię moją rodzinę i dlatego dbam o utrzymywanie więzi rodzinnych. Interesuję się między innymi przeszłością moich bliskich. Efektem tej pasji jest wydana przeze mnie historia rodziny z miejscowości Dobczyce koło Krakowa, bo stamtąd właśnie pochodzę. Zależało mi na tym, aby w tej książce pokazać zarówno ludzi, jak i miasto, które jest bardzo piękne. Zacząłem od legendarnego Dobka (kto czytał „Dzikowy skarb” Bunscha, może kojarzyć takiego rycerza Mieszka I), ale przedstawiłem również osoby ważne w moim życiu - mojego tatę, moją mamę, a także moją drugą mamę, która obecnie ma 103 lata. Opracowywanie tego typu materiałów historycznych jest dla mnie bardzo satysfakcjonujące, a przy okazji ważne dla moich bliskich, chociażby dla najmłodszych osób z mojej rodziny. Sam trochę żałuję, że tak późno się tym zająłem, bo na przykład nie pamiętam mojego dziadka, gdyż zmarł przed moim przyjściem na świat, a w domu się o nim nie mówiło. Mój tato również zmarł wcześnie, a mama zmarła, gdy się urodziłem, więc nie miałem takiego... „przewodnika po najbliższych”. Dlatego teraz spisuję historię rodzinną. Opisałem na przykład dzieje mojej teściowej (mamy mojej drugiej żony Zosi) Stasieńki, która była nazwana Dobreńką. Była ona zakochana w swoim miejscu urodzenia, czyli Machowie, dlatego nawet pozwoliłem sobie żartobliwie stwierdzić, iż w Księdze Rodzaju jest błąd, ponieważ według Mamy najpierw był Machów, a potem dopiero reszta świata. Uważam, że nawet drobiazgi dotyczące bliskich nam osób są ważne, że trzeba o nie dbać, utrwalać je, aby ich nie uronić, nie zgubić. Z tego powodu zajmuję się również organizowaniem zjazdów rodzinnych. Za nami już dwa takie zjazdy, a nasza rodzina liczy sobie ok. 90 osób, które na dodatek są porozrzucane nie tylko po całej Polsce, ale i po całym świecie. Ostatni zjazd odbył się w czerwcu ubiegłego roku i pojawiło się na nim 70 osób!

Zorganizowanie takiego zjazdu, to musi być ogromnie trudne przedsięwzięcie.

Trudne, ale bardzo piękne i satysfakcjonujące. Wszyscy wrócili szczęśliwi, zachwyceni, że się spotkali, że odnowili kontakty. Poza tym, po takim spotkaniu pozostają zdjęcia, filmy, a one staną się bogatym źródłem pamiątek dla nas, a także dla najmłodszych członków naszej rodziny. O nich samych również pamiętam i dlatego od 3 lat prowadzę kronikę moich najmłodszych wnuczek. Opisuję ich pierwsze dni, miesiące, lata, dołączam zdjęcia. Myślę, że kiedyś to będzie stanowiło jakąś wartość. Poświęcam na to dużo czasu, póki jeszcze mogę, bo niestety mam dosyć poważną wadę wzroku. Uniemożliwia mi ona już czytanie, ale mogę jeszcze rzeźbić.

Rozmawiamy właśnie w otoczeniu pięknych rzeźb. Proszę nam opowiedzieć o tej swojej pasji.

Lubię rzeźbić, a na dodatek jest to czynność, którą mogę łączyć z moją kolejną pasją, czyli nieustającą fascynacją historią. Rzeźbię dużo, wiele moich prac powędrowało w świat wraz z moimi przyjaciółmi i rodziną, bo chyba każdy jej członek ma w swoim domu jakieś wykonane przeze mnie dzieło. Pokazuję je również publicznie. Na przykład w Bibliotece Pedagogicznej w Tarnobrzegu odbyła się w marcu br. wystawa części moich rzeźb. To było 21 portretów Piastów, od Mieszka I do Kazimierza Wielkiego.

Czy postaci historyczne są Pana ulubionym motywem rzeźbiarskim?

Tak, ale nie tylko. Wykonałem też sporo obrazków z aniołkami dla dzieci. Z okazji uroczystości rodzinnych również przygotowuję jakieś prace, często o charakterze sakralnym. Zdarzyło mi się też mierzyć ze starymi Mistrzami, których obrazy szczególnie mnie zachwycają. Dużo satysfakcji daje mi  fakt, iż moje wersje tych dzieł bez wstydu można powiesić na ścianie, a niektóre nawet trafiły
w miejsca publiczne. Na przykład wyrzeźbiona przeze mnie „Ostatnia wieczerza” Leonarda da Vinci znajduje się w muzeum w Dobczycach, w parafii w Rzędzianowicach jest reprint „Baranka Wielkanocnego”, a niedaleko Mielca można zobaczyć obrazy takie jak „Mona Liza” czy „Dama
z Łasiczką”. Jestem też wielbicielem twórczości Matejki - jego malarstwo jest przecież źródłem niezwykłej inspiracji patriotycznej. Teraz kończę pracę nad portretem Tadeusza Kościuszki, ponieważ jest 200 rocznica śmierci tego wybitnego Polaka. Każde rzeźbienie, to dla mnie taka trochę intymna rozmowa z daną postacią, to przypominanie sobie wiedzy o niej, ale i poszukiwanie dodatkowych informacji. Teraz na przykład żona czyta mi książkę o Tadeuszu Kościuszce - to daje dodatkowy impuls twórczy.

Wiem też, że jest Pan wielbicielem poezji.

Uwielbiam poezję. Poezja pozwala mi na odsuwanie samotności, bo zawsze mam z kim porozmawiać. Znam na pamięć mnóstwo wierszy najwybitniejszych polskich poetów. Zachwycam się utworami Słowackiego czy Mickiewicza, ale lubię także innych twórców. Często też recytuję sobie ulubione wiersze. Zbieranie grzybów jest takim doskonałym momentem, aby powtarzać  jakieś długie utwory - na przykład  „Maraton” Kornela Ujejskiego, który się recytuje 40 minut. Albo bardzo piękny jest i wzruszający poemat Słowackiego „Ojciec zadżumionych”. Mam wrażenie, iż dzięki poezji mój język jest bogatszy. Zawsze chciałem pod tym względem dorównać mojej cioci z Czechowic, która bardzo pięknie mówiła. Aby to osiągnąć, dużo też czytałem. Ostatnio, ze względu na problemy ze wzrokiem, już nie czytam, ale za to słucham audiobooków. Niedawno zacząłem słuchać Sienkiewicza i odkryłem na nowo „Trylogię” - cudowne pióro, cudowne portrety psychologiczne postaci, niezwykły humor i niezwykła wyobraźnia... Odsłuchałem całą „Trylogię”, „Krzyżaków”, a teraz się biorę za „Quo vadis”. Sienkiewicz pozostanie dla mnie mistrzem, wzorem i bogiem literatury.

Oprócz miłości do swojego kraju i jego kultury jest Pan też ciekawy świata, gdyż
kolejną Pana pasją są podróże. Jakie miejsca oczarowały Pana podczas zagranicznych wojaży?

Dzięki temu, że mój syn zakochał się w Chince, mogłem być w Chinach i stanąć na Wielkim Murze. Pobyt w tym egzotycznym kraju stał się też dla mnie inspiracją do zgłębienia tajników chińskiej sztuki kulinarnej, bo zrobiła ona na mnie duże wrażenie. Byłem w Chinach trzy razy i mogłem obserwować, jak szybko zmienia się ten kraj, jaki tam dokonuje się ogromny postęp. Z innych podróży miło wspominam wyjazd do Turcji, bo udało mi się zwiedzić m.in. starożytną Troję, Efez oraz Konstantynopol, co dla mnie, jako historyka, było czymś wspaniałym, prawdziwą ucztą duchową. A wracając do Chin, to dzięki tym podróżom zacząłem uczyć się języka chińskiego, choć na takim elementarnym poziomie. Teraz trochę już go zapomniałem, ale w to miejsce zacząłem się uczyć włoskiego. Mieliśmy gościć Włochów w ramach Światowych Dni Młodzieży, a w ostatniej chwili okazało się, iż przyjadą Francuzi. Na szczęście kiedyś uczyłem się francuskiego, więc go szybko odświeżyłem i przez 5 dni gościliśmy przesympatyczną parę. Było bardzo miło.

Chiński, włoski, angielski i to wszystko na emeryturze?

Angielskiego uczyłem się już od kilku lat. Nie boję się tego języka, na poziomie podstawowym mogę rozmawiać. I to wszystko na emeryturze, a właściwie nie wszystko, bo jeszcze nie powiedziałem o przygotowywaniu ilustracji i ikonografii do niedzielnych mszy, głównie do czytań niedzielnych. Przygotowuję obrazy, notki biograficzne o prorokach, o ewangelistach, o księgach Starego Testamentu, itp. To również daje mi dużo satysfakcji. Zależało mi na tym, aby przybliżyć te teksty, bo one są trudne, szczególnie dla dzieci. Stary Testament operuje zakresem słownictwa o wysokim poziomie, które wymaga namysłu. Zajmuję się tym już czwarty rok i przygotowuję te informacje na każdą niedzielę. Dlatego nie mam czasu, aby się nudzić. Mimo że mam 76 lat, spędzam czas bardzo aktywnie i po prostu żyję pełnią życia. To ważne, bo jak człowiek jest radosny, to chętnie zrobi coś dobrego dla innych, a jak jest smutny, to się zamyka na ludzi, a to jest straszne.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Gazeta bezpłatna pt. "Pomocna Gazeta", nr 3/2017 ISSN 2450 - 090G, Wydawca: Farmacja i Medycyna Spółka z o.o. z siedzibą we Włodawie, Jak się nie nudzić na emeryturze? Rozmowa z Janem Franciszkiem Grandysem o jego pasjach. str.14 - 15

piątek, 21 lipca 2017

Mazurek Dąbrowskiego



W 220 rocznicę "Mazurka Dąbrowskiego"  
                                  -   "Kiedy my żyjemy”.
          Rok 1795, trzeci rozbiór Rzeczypospolitej Obojga Narodów, kiedy to trzy czarne orły rozszarpały białego. Zaborcy przypisują Kościuszce słowa: "Finis Poloniae", gdy ciężko ranny pod Maciejowicami, znoszony był z pola walki.         
Nie ma nas na mapie Europy.
Polska w grobie, naród podzielony i wcielony do obcych, wrogich nacji.
Patrioci w więzieniach zaborców (Rosji, Austrii, Prusach) lub na emigracji. Dla nich nie ma zgody na przemoc. Oczy ich kierują się ku republikańskiej Francji, walczącej z naszymi zaborcami.
Józef Wybicki i Jan Henryk Dąbrowski uzyskują 

u gen. Napoleona Bonapartego, dowódcy armii we Włoszech, zgodę na utworzenie  Legionów Polskich, jako wojska republiki lombardzkiej. Żołnierze rekrutują się z emigrantów, jeńców zaborczych armii. Czeka ich długi marsz ku Polsce.
          Jest rok 1797, we Włoszech rodzi się nadzieja dla Polaków.
W Regio Emilia k/Bolonii, Wybicki wzruszony widokiem defilujących legii w takt marsza Michała Ogińskiego, w natchnieniu pisze pieśń, której daje tytuł:
 Pieśń Legionów Polskich we Włoszech.
"Jeszcze Polska nie umarła ,
Kiedy my żyjemy,
Co nam obca przemoc wydarła,
Szablą odbierzemy"...
Pierwszy raz zostaje zaśpiewana przez Autora na pożegnanie wyjeżdżającego do Paryża gen. Dąbrowskiego. Miało to miejsce między
15 a 21 lipca 1797 r. Ekspresja słów, treść, wywarły wzruszenie, wywołały entuzjazm.
          Możemy powiedzieć, że była to nasza swoista Deklaracja Walki o Niepodległość.
          Tak zaczął się niepodległościowy szlak pieśni  przez lata rozbiorów. Ona jedna przeżyła 121 lat niewoli, była na wszystkich polach walki
z zaborcami o niepodległość, w kraju i na emigracji, doczekała się spełnienia słów: "Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy", wypełnienia przez kolejne pokolenia  zapowiedzi: "co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy". 
Tak tę deklarację niepodległości ujął prof. Ignacy Chrzanowski:
…Siedem zaczarowanych słów, ile treści, wspaniała prostota
i cudowna siła: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”.
            Ewangeliczna dobra nowina.
Program dla narodu, jak odzyskać Polskę?
Szablą odbierzemy! Jak walczyć?  Dał przykład Bonaparte, wcześniej Czarniecki w latach "potopu szwedzkiego". Hasło legionowej braci żołnierskiej: "Ludzie wolni są braćmi"- to idea kościuszkowska
i francuskiej rewolucji "wolność-równość-braterstwo".
 Bóg ześle Kościuszkę, wodzów kolejnych  powstań, od Dąbrowskiego do Piłsudskiego- marsz
z ziemi włoskiej do polskiej, nasi biją w tarabany.
Wysiłek legii Dąbrowskiego zaowocował powstaniem Księstwa Warszawskiego - niepodległością w latach 1806-1813, utworzeniem
w 1815 r Królestwa Polskiego z carem Rosji, jako królem polskim, miniaturowej Rzeczypospolitej Krakowskiej  i Księstwa Poznańskiego. Decyzje Napoleona, Kongresu Wiedeńskiego, przekreślały wymazanie sprawy polskiej z Europy.
Kolejne pokolenia - kiedy my żyjemy, zrywały się, by odzyskać pełną niepodległość. Tak było |
w latach:1830, 1846, 1848, 1863 i wreszcie
w czasie I wojny światowej. Jak pisał poeta Kornel Ujejski:
 "W nagłej dla kraju potrzebie, posługi, rzucano skarby, warsztaty
i pługi i nawet swych mistrzów uczniowie odbiegli...bo ... każdy ziszczał nie słowem lecz czynem, że jest nieodrodnym swej ojczyzny synem".
Mickiewicz w swej narodowej epopei "Panu Tadeuszu", w finałowej scenie "Koncertu Jankiela", nazwie tę pieśń marszem triumfalnym. Ten marsz triumfalny "Jeszcze Polska nie zginęła" - motywował do kolejnych zrywów.
Pieśń zakazywana była przez zaborców, a za jej śpiewanie groziły represje. Jednocześnie była żywą, natchnioną inspiracją do powstania wielu patriotycznych utworów w czasie walk powstańczych. Rodak z Tarnobrzega, lekarz , poeta Stanisław Jachowicz, wpisał się na tę listę poematem "Pieśń narodowa- Marsz, marsz Polacy".
Bohaterowie zapisani zostali w księgach, na tablicach kamiennych, pomnikach i w sercach narodu.
Stąd wieczna pamięć o Szymonie Konarskim, który 46 lat spędził w carskim więzieniu, Piotrze Wysockim przez 25 lat odbywającym karę zesłania na Sybir, czy księdzu Piotrze Ściegiennym - symbolach rzesz żołnierzy, oficerów, działaczy patriotycznej konspiracji, studentów, poetów, głównie wywodzących się ze szlachty, która spełniając słowa pieśni legionów, płaciła dług za błędy przodków w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Poległym i złożonym w bezimiennych mogiłach uczestnikom powstań Maria Konopnicka wzruszająco napisze:
"
O mogiłach waszych tylko ptacy wiedzą, a zna  rosa polna, co przychodzi płakać nad samotnymi grobami. "
Te samotne mogiły rozsiane  są w rodzinnej ziemi
i  po całej Europie, szczególnie na obszarze "nieludzkiego imperium" - sowieckiego państwa,
z czasów II wojny światowej,  z lat  "przyjaźni radziecko-polskiej". 
W latach 1918-22 odradzająca się Polska szablą odbierała zaborcom każdą piędź ziemi: Wielkopolskę, Galicję, Lwów, Ziemie Zabrane na Wschodzie, Śląsk Cieszyński, Górny Śląsk, prastare Pomorze Gdańskie, Wilno.
Naród uznał ogromną zasługę Pieśni Legionów, potocznie zwanej "Mazurkiem Dąbrowskiego",  w podtrzymywaniu, budzeniu ducha narodowego, jako towarzyszki powstań narodowych, od Legionów do walk o Warszawę
w 1920 r.
Spośród wielu pieśni na propozycję hymnu wybrano cztery najbardziej zasłużone: Mazurka, Boże coś Polskę, Warszawiankę
i Rotę M. Konopnickiej.
Warszawianka, napisana została przez Francuza i podarowana nam w okresie powstania listopadowego, niezwykle podniosła, zagrzewająca do boju. Hymn "Boże coś Polskę" pierwotnie powstał na cześć cara Aleksandra I. Ale kiedy 11 listopada 1918 r. zgromadzeni na Placu Zamkowym w Warszawie zaśpiewali ją i po słowach, "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie", najpierw zaległa cisza, a potem rozległ się szloch.
I wreszcie pełna dynamiki i czystości uczuć patriotycznych, niezwykła gotowość przeciwstawienia się germanizacji w pieśni autorstwa Marii Konopnickiej, rywalizowała o tytuł pieśni Polaków.
 Sejm odrodzonej Rzeczypospolitej wybrał Pieśń  Legionów, a 26 lutego 1927 roku, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oficjalnie ogłosiło ten tekst w Dzienniku Urzędowym, jako Hymn  Rzeczypospolitej  Polskiej i tak już jest po dziś dzień.
A kiedy Niemcy i Sowieci w 1939 r. przyszli podpalić nasz dom, Polskę, stary weteran został
w służbę powołany. Ostatni rozkaz kampanii wrześniowej z 5 października wydany przez gen. Zygmunta Kleeberga kończy się  słowami Mazurka - "Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy".
Walcząc w kraju, na wszystkich frontach, naród dawał dowody wypełniania tej deklaracji z 1797 roku: Polska jest, kiedy my żyjemy, walczymy. Po 6 latach służby wojennej, podczas walk, polski żołnierz z inspiracji pieśni legionowej śpiewał: Marsz Sikorski do Polski, a po bitwie pod Monte Cassino, znowu z ziemi włoskiej do polskiej.
   W 1997 roku, 6 czerwca, w czasie spotkania Ojca Świętego Jan Pawła II w Sejmie, po odśpiewaniu hymnu, Papież powołując się na słowa "z ziemi włoskiej ..."  nawiązując do swej papieskiej szaty, powiedział:
 "Nikt nie przypuszczał, że w takim umundurowaniu. Ale nam się wydarzyło".
W przyszłym roku  będziemy celebrować 100-lecie odrodzenia państwowości. Wśród bohaterów poczesne miejsce zajmie w loży honorowej Narodu Polskiego Pieśń Legionów wraz z jej Autorem,  Józefem Wybickim, gen. Janem Henrykiem Dąbrowskim, nieprzerwanie maszerującym,
z pełnym poświęceniem  ku wolności
i niepodległości Ojczyzny.
Kocham mój hymn ...
Kocham mój hymn, bo od chwili powstania jest mi tak bliski, jak matka, od pierwszych chwil mego życia budzi najświętsze uczucie miłości, patriotyzm, gotowość do czynu, radość, dostarcza wiary, nadziei, wyprostowuje przygnębionych, wzywa do zmierzenia się z przeszkodami, pozwala dumnie unieść czoło. 
Śpiewany podczas uroczystości, na stadionach, daje poczucie jedności, mocy i wiary w to, co polskie, wyciska łzy wzruszenia, rodzi gotowość czynu, najszlachetniejsze porywy serca, narodowej dumy, uderza salwą zbiorowej potęgi, zdolnej obalać zło, wydobywać niespożyte zasoby energii.
To dzięki jego sile wykreśla nam, każdemu z osobna, zadanie pracy dla Polski, bo śpiewając słowa "kiedy my żyjemy,"  każdy z osobna deklaruje swoje powołanie, sens istnienia, gotowość do uczciwej pracy dla ojczyzny, a w razie potrzeby użycia szabli, w obronie rodziny i tej Ojczyzny Matki nas wszystkich.
                                                       Jan Grandys



                                                                           

sobota, 21 września 2013

Kto i co hamuje postęp pedagogiczny w szkole?

W  skład rad pedagogicznych szkół wchodzą różnego rodzaju zespoły problemowe, zadaniowe, często nazywane komisjami. W swojej praktyce zawodowej nie spotkałem szkoły, gdzie działałby zespół, komisja ds. postępu pedagogicznego.

Czy organizowane są zebrania rady pedagogicznej specjalnie poświęcone własnemu postępowi pedagogicznemu, jego dorobkowi, bieżącym pomysłom? Na to pytanie mogą odpowiedzieć członkowie tego organu szkoły.
Kto jest sojusznikiem postępu? Czy postęp pedagogiczny jest inspirowany z zewnątrz?
I jestem przekonany, że idea awansu zawodowego najbardziej winna służyć tej potrzebie.
    
Gdyby ktoś w szkole pokusił się o zebranie dokonań na rzecz postępu pedagogicznego nauczycieli na ścieżce awansu, mógłby w oparciu o materiały, plany rozwoju zawodowego, zdefiniować, kto i jakie propozycje zaplanował, wdrożył, zweryfikował w praktyce i ujawnił efekty. Od tego miejsca winien być znaczony krok do podjęcia decyzji o upowszechnianiu  dobrej praktyki.

W szkole od zarania znane byłoby autorstwo postępu.
Wdrożone pomysły miałyby szansę stać się organiczną funkcją warsztatu nauczycielskiego, gwarantować lepsze wyniki w nauczaniu, wskazywać skuteczne działania np. wychowawcze czy opiekuńcze.

Sądzę jednak, że dokonania osób, osiągających kolejne szczeble kariery zawodowej, pozostały "sierotami". Po zdobyciu zaszczytnego tytułu nauczyciela dyplomowanego, stanowią jedynie dokumentalny zapis w historii szkoły.

Tytuł –mistrz – nauczyciel dyplomowany, zobowiązuje do utrzymania wysokiej poprzeczki poziomu pracy.
Ta grupa z natury, z automatu, powinna stanowić "arystokrację postępu pedagogicznego". Czy tak jest?

Dyrektor może dokonywać oceny poziomu pracy, a także poszukiwać w tym gronie inicjatorów innowacji, eksperymentów, projektów.
To jakby naturalna droga ku wyżynom – w obliczu konkurencji, rywalizacji na rynku oświatowym o ucznia, stabilizację zawodową, materialną, prestiż w środowisku.

Pragnę zwrócić uwagę na inny aspekt postępu pedagogicznego, ściśle związany z rolą rady pedagogicznej.
Na ile jej decyzje w formie wniosków, stanowią drożdże postępu?

Jeśli spojrzymy krytycznie na "wnioski" podejmowane podczas zebrań rady pedagogicznej, nie trudno zauważyć ich intencjonalnego charakteru, formalnego wyrazu zapisania, stwierdzenia stanu faktycznego lub przypominania o obowiązkach wynikających z przepisów prawa oświatowego.

Konia z rzędem temu, kto wie, jakie efekty ma przynieść, kiedy ma zostać zrealizowany, kto ma go wykonać, kto jest odpowiedzialnym, jakie zadania trzeba zrealizować.

Jest intencja, np. :
- wzbogacić współpracę z rodzicami,
- poprawić wyniki nauczania,
- zaktywizować pracę samorządu uczniowskiego,
- rozszerzyć formy zajęć pozalekcyjnych,
a w sprawie intencji trzeba się modlić!

W przypadku szkoły/placówki trzeba działać!!!

Takie wnioski, powtórzę- "sieroty", do których nikt nie wraca, nie martwi się nimi, nie zastanawia się, czy są wdrożone, przepadają w protokołach, bo nikt nie czuje się w zbiorowości odpowiedzialnym za ich wykonanie – pokutuje stare stwierdzenie "weźmy się i zrób".  Zgodnie z założeniem, każdy się winien poczuwać, a w zbiorowości, jak każdy, to znaczy nikt!

Oczekiwanie na postęp, lepsze rozwiązania, nowe formy, skuteczniejsze metody, wynikające z przepisów prawa, to marzenia – dlatego ta droga podnoszenia poziomu jest nieskuteczna – hamuje postęp, wykorzystanie własnego, bardzo często, oryginalnego, potencjału intelektualnego zespołu nauczycieli, budowania własnej, niepowtarzalnej wizji, misji.

Niestety, postęp pedagogiczny hamujemy sami - od nas zależy, jakie będą i na ile efektywne kierunki rozwoju szkoły/ placówki.

Szkoda, że nie wszyscy z nas o tym wiedzą i tak myślą!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Jak rozpoznać diamenty i nadać im wartość brylantów

Jak rozpoznać diamenty i nadać im wartość brylantów.
Jak wydobyć z ucznia to, co w nim najlepsze?

Tak, jak wiercenia geologiczne odkrywają złoża, bogactwa naturalne, tak diagnoza edukacyjna pozwala na zdobycie informacji o predyspozycjach edukacyjnych ucznia, zorientować się jakie diamenty kryje w sobie.
Uczeń posiada wartości, na których można z jego udziałem, budować jego sukces, powodzenie, osiąganie wymagań, jego osobisty prestiż, a pośrednio dobry wizerunek szkoły.

Jedną ze ścieżek odkrywania diamentów jest praktykowanie oceniania sprawowanego na gruncie przyjętych przez szkołę kryteriów, wymagań.
Najwyższy stopień zachowania: wzorowy, zarezerwowany jest dla uczniów z charakterem.
Otrzymuje go ten, który spełnia określone przez szkołę wymagania na poziomie zbliżonym do ideału. Czy zawsze wymagania są dla orłów?
Spełnia, gdy: uczy się dobrze, poważnie traktuje obowiązki, swoim postępowaniem zdobywa sobie szacunek, sympatię, sukcesami w zawodach, olimpiadach kwalifikuje nauczyciela do nagród, dostarcza szkole punktów dla jej prestiżowego wizerunku w środowisku, osiąga status wzoru do naśladowania.

Czy taki uczeń budzi szacunek i zaufanie?

Na pozór banalne pytanie. Skoro spełnia wymagania, dał dowody, potwierdził swą klasę, to w czym problem?
W trakcie szkoleń, debat na ten temat, w wielu szkołach nauczyciele stwierdzali, że uczeń wzorowy zasługuje na zaufanie.

Po upewnieniu się, że uczeń wzorowy jest godny zaufania, stawiałem pytanie:
Czy taki uczeń, wzorowy, może zostać dowartościowany przywilejem, np. prawem do samodzielnego usprawiedliwienia swojej nieobecności w szkole,
z tytułu zaufania do osoby godnej tego zaufania?

To pytanie zostało zadane w wielu szkołach, na różnych poziomach edukacji.
I co?
Oczywiście, naturalnie odpowiedź brzmiała : Nie! Argumenty przeciw?
Uczniowi nie można wierzyć! Ufać … tak, ale nie wierzyć.
U większości nauczycieli występuje podejrzenie, że „przywilej ucznia zepsuje”, a nie wzmocni. „Jest za młody”.
Padały bardziej stanowcze protesty: co to nie, są nieodpowiedzialni,
niedorośli, „w głowie im się przewróci” , „będą nadużywali przywileju”.
Te stwierdzenia są niczym innym, jak podpiłowywaniem szczebli do kariery, wyrastania na kogoś!
W debacie przeciwników było wielu, a za wnioskiem przekonywała jedna, bądź w najlepszym razie dwie osoby, góra trzy.
Zwolennicy wniosku, to samotnicy. Proporcja z góry przesądza wynik głosowania.

W głosowaniach olbrzymia większość votowała przeciw!
Powszechna dezaprobata. Sprawa pogrzebana!

Czy przywilej demoralizuje czy dowartościowuje?

Panuje przekonanie, że uczeń uprzywilejowany nie będzie rozumiał zaszczytu, a honor nie wzmocni go ani duchowo, ani moralnie, ani też obywatelsko.



Gdyby zwyciężała aprobata, uczeń widziałby przed sobą wyzwanie, szansę zostania kandydatem do elity ludzi z klasą, z charakterem, osobowością szlachetną.
Dodatkowe uznanie stawia przecież uczniowi kolejne wyzwanie, rozbudza poczucia honoru, pragnienie potwierdzenia swojej klasy. On ma szanse wyrosnąć na człowieka z klasą!
Szkoła winna być tym zainteresowana, wesprzeć ucznia, okazać radość, dumę z jego osiągnięć i w ten sposób zachęcać pozostałych do pójścia w ślady liderów. Przecież istnieje zapotrzebowanie na ludzi z klasą. Realizowane są programy pn. „Szkoła z klasą”.

Pozwolę sobie na wyrażenie przekonania, że nauczyciele chcą rzekomo wydobyć z ucznia, co najlepsze.

Nic, tylko pozory pedagogiki. Jak można wychować ludzi z klasą, kiedy się nie chce dać im szansy na zahartowanie charakteru?
Nie wierzy się, że szlachectwo zobowiązuje, że duma, radość, honor, wzruszenie, umocnią szlachectwo, zamienią diament w brylant.
Nie wierzy się, że uczeń godnie będzie traktował wyróżnienie, które szkołę nie kosztuje, a na pewno może ją wzbogacić. Nauczyciele podejrzewają, że uczeń mógłby potraktować przywilej jako okazję do przekrętu.
Bez próby, z góry odmawiają uczniom honoru!

Najsmutniejsza refleksja wynika ze zdegradowania uczniów, nawet tych wzorowych, do kategorii byle jakości.
A skoro tak, to za co i komu i po co przyznają tytuły wzorowych uczniów, skoro nie idzie za tym autentyczne, szczere uznanie?
Prawda, że sprzeczność?
Jak przekonać uczniów, że nauczycielom zależy na tym, aby stawali się szlachetni, aby rozrastało się w nich, to co najlepsze w intencji przyjaznej edukacji.

W swojej praktyce pedagogicznej ( lata 70-te ub. wieku) w Szkole Podstawowej nr 5 w Tarnobrzegu rada pedagogiczna nadawała uczniom wzorowym ten przywilej. Nie zdarzyło się , aby uczeń zawiódł.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Rozróżnić dobro od zła…

Jak zdobyć , zdolność do rozpoznawania dobra od zła?

Nie łatwo odpowiedzieć.
W procesie wychowania w rodzinie czy w instytucjach jak przedszkola, szkoły, placówki wychowawcze najistotniejszym zadaniem dorosłych jest umożliwienie dziecku, uczniowi, wychowankowi zdobycia umiejętności dostrzeżenia różnicy w wartościach między naturą
dobra i zła oraz dokonywanie świadomego wyboru.

Zdobycie tej niezwykle ważnej umiejętności rozróżniania opierać trzeba na gruntownej wiedzy czym jest dobro a czym jest zło.
Zrozumienie natury dobra, zła nie może być powierzchowne, pozorne bądź uproszczone, dwuznaczne, koniunkturalne, oparte na literaturze niezrozumiałej dla współczesnych.

Interpretacja dobra i zła staje się bliska w odniesieniu do sytuacji z bezpośredniego środowiska uczestników., rozumiane jako przyczyna i skutek.
Dobro pojmowane rozumowo ale i odczuwane jako wartość sama w sobie cenna, pociągająca, dostarczająca przeżyć wyrażających się radością, pogodą ducha, przyjemnością, satysfakcją, odczuwanym spokojem wewnętrznym. Zauważanie, dostrzeżenie istnienia, posługiwania się dobrem przez podmiotu czyli osoby wymaga drugiego kroku wyrażającego się uznaniem, aprobowaniem, okazywaniem radości. W systemie oceniania oba kroki spełniają funkcje kryterium informacji zwrotnej.

Odnajdywać dobro, umacniać postawy przez aprobatę, naturalne wyróżnienie gestem przyjaźni, pozwala synowi, córce, wnukom, uczniom zorientować się, że wyrażanie aktywności, tego co robią jest przyjmowane z uznaniem, zadowoleniem, sprawia szczerą przyjemność również dorosłym.
Ważne jest doznawanie, odczucie przez dziecko w sobie siły dobra,
W dalszej kolejności rezultatów, przyrostu piękna.
Daleko jestem od nagradzania dobrych uczynków w postaci materialnej, ten kierunek postępowania doprowadzi do eskalacji i wynaturzenia.

Chodzi przecież o budowanie zrębów osobowości, która zdobywa solidne podstawy rozeznania się w sferze relacji interpersonalnych.

Uzasadnianie dobrych zachowań, to przecież kodowanie przesłanek motywacji. Osoba zna i rozumie powód dla którego zachowuje się poprawnie, godnie, honorowo, szlachetnie, porządnie. Moralne ego staje się dominantem decyzji, czynu-zachowania.
Interpretacja zachowania, postawy, wewnętrzny osąd sprawy prowadzi do rozróżniania dobra od zła. W budowaniu zrębów postaw na dobro, negację zła konieczna wydaje się samoocena podmiotu.

Przez samoocenę dokonujemy tego co w ekonomii nosi nazwę bilans, wyniku. Docieramy wówczas do sporządzenia korzyści i strat. Analityczne spojrzenie pozwala na dotarcie do przyczyn, „zasług” osobistego wkładu w bilans.
Może to bardzo pomóc budzeniu refleksji, zastanawianiu się nad pytaniem kto jest odpowiedzialny za efekty?

Podmiot musi zdobyć tak wiedzę, umiejętność oceny co jest złem.
Nie wystarczy klasyfikować i nazywać złem czyn, ale konieczne tak jak na przykładzie dobra niezbędne jest wyjaśnienie natury zła.

Nie podejmuję kwestii kary, ale problem natury dobra i zła.
Kara nie hamuje skłonności do czynu, może jedynie czasowo powstrzymywać, bo jej działanie jest krótkoterminowe.
Walka wewnętrzna musi się toczyć w myśli, uczuciach, rozumowaniu , dawać wskazówkę, radę, a przede wszystkim świadomość istoty zła
i świadomość osobistej odpowiedzialności.

Wówczas nawet dokonanie wykroczenia nie uspakaja, ale zostaje wewnętrznie osądzone i pozwala się cieszyć się z uczynku.
Sumienie może zostać chwilowo zignorowane ale ono nie pozwoli cieszyć się i dręczy wyrzutami, bo pojawiają się dzięki poznanej naturze dobra i zła. Ten mechanizm pomaga dokonywać wyborów, a nawet pomyłki, wpadki mogą się stać wzmocnieniem dobra, siłą charakteru.

Nie można odkładać oceny, aprobaty lub dezaprobaty na później tak dobra jak zła. Plastyka formowania duszy nie może być wystudzona, zakurzona. Rodzic, nauczyciel nie powinien odkładać swej życzliwości na później,
ale natychmiast podejmuje działanie dla poznania motywów.

Powtarzam rzecz nie w nagradzani czy karaniu lecz praktykowaniu przyjaźni przez pomoc dzieciom, uczniom w zdobyciu wiedzy o sztuce rozróżniania co dobre a co złe, dla ich szczęścia, piękna, poważania i szacunku.